• Wpisów:4
  • Średnio co: 317 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 21:14
  • Licznik odwiedzin:1 408 / 1586 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Hej, w czwartek jadę po pieska rasy maltańczyk. Jakieś propozycje jak mogę go nazwać?
 

 
Choć pamięć o moim dawnym życiu niemal całkiem wyblakła, tamten dzień pamiętam doskonale. Była to sobota, powoli zapadał zmierzch, a ja wracałem do domu. Deszcz od dłuższego czasu nie chciał ustąpić, więc i wtedy pogoda nie zachęcała do przebywania na dworze. A mimo to, ktoś się odważył.
Miałem właśnie wjechać na most, gdy coś zmusiło mnie do opuszczenia auta.
Tori stała za barierką, kołysząc się na piętach. Jeden nieuważny ruch, a spadłaby kilka metrów w dół, prosto w objęcia lodowatej wody. Na sobie miała doszczętnie przemoczooną sukienkę, ktora u góry opinała drobne ciało, u dołu zaś łopotała razem z wiatrem. Jej nogi zdobiły natomiast czarne baleriny, teraz już całkiem zniszczone.
Chciałem do niej podejść, przemówić do rozumu, ale w tym momencie ona się odwróciła. Jak za każdym razem nie mogłem powstrzymać zachwytu nad tą piękną istotą. Te wielkie szare oczy, przy ozdobione granatowymi plamkami. Drobny nosek, kształtne usteczka, a wszystko to na idealnie porcelanowe twarzy, okalanej wodospadem różowych włosów. Uśmiechnęła się smutno, palcem jeżdżąc po mokrej barierce.
Otrząsnowszy się z szoku, podbiegłem do niej. Przez dłuższy czas nic nie mówiliśmy. Po prostu patrzyliśmy na siebie, aż w końcu Tori ponownie się odwróciła.
- Tak bardzo chciałabym być wyjątkowa-szepnęła cicho, a słowa te od razu porwał wiatr.
Dla mnie jesteś wyjątkowa, chciałem rzec jednak wiedziałem, że nie o to jej chodzi. Jedyną słabością Tori był pociąg do rzeczy nadnaturalnych. Pochodziła z Salem i jeśli wierzyć jej słową za babkę miała znaną wszystkim wiedźmę Williams. Sama Tori zaś od początku naszej znajomości z bólem goryczy nie mogła znieść, iż jest tak po prostu zwyczajna.
- Magia nie uczyci cię wyjątkową. Po prostu staniesz się inna-odparłem równie cicho.
- Inna znaczy lepsza, wyjątkowa. - Uparcie broniła swego.
- Dlaczego tu stoisz?
Zmiana tematu była z mojej strony czystym tchórzostwem, lecz nie widziałem innego wyjścia. Tori wpadła w jeden ze swoich gorszych nastrojów, a to nigdy nie wróżyło dobrze.
-Bo jestem smutna-odparła prosto. Objęła się ramionami i choć padał deszcz, widziałem, że płacze. -A ja nie chcę być smutna. I wiem, że ty czujesz to samo, bo my przecież jesteśmy tacy sami.
Miała rację. Bez wątpienia byliśmy do siebie podobni. W niektórych momentach stawało się to nie do zniesienia. Widzieć swoje wady i słabości w drugiej osobie, nie było niczym przyjemnym.
A jednak jedna rzecz nas od siebie różniła.
- Ja nie chcę być wyjątkowy.
- Chcesz, dlatego szukasz akceptacji w oczach innych ludzi.
Nie miałem nic na swoją obronę. Zamilkliśmy na dłuższą chwilę. Ona patrzyła przed siebie, najpewniej nie widząc nic prócz własnych myśli. Ja natomiast spoglądałem na jej włosy, delikatnie opadające na biodra. W świetle zachodzącego słońca ich różowy kolor stawał się bardziej intensywny, lecz również piękny.
Nagle potężny grzmot zniszczył cały nastrój. Wyrwana z otępienia Tori zachwiała się niebezpiecznie i jedynie moje ręce oplatujące jej talie, powstrzymały katastrofę. Powoli, dziewczyna odwróciła się do mnie przodem. Długo patrzyła mi w oczy, a to sprawiło, że czułem się jeszcze bardziej bezbarwny. Przy niej byłem niczym, lecz ona była mną, gdzie więc jest logika?
- Kochasz mnie?-zapytała.
Nawet nie zliczę ile razy to pytanie padło z jej ust podczas naszej krótkiej znajomości. Chciała wiedzieć co do niej czuję, karmiła się moją miłością.
- Na wieki.
Kiwnęła głową, zadowolona z odpowiedzi. A zaraz po tym złączyła nasze usta w pocałunku, który jednak skończył się zanim jeszcze na dobre się zaczął.
- Alexander, mój Alexander.
I to również była prawda. Należałem do niej, choć ona nigdy nie należała do mnie.
Skoczyła. Tak po prostu. Najpierw była w moich ramionach, a chwilę potem już nie. Do dziś nie wiem jak mogłem ją puścić bez walki.
Tori Williams przez ułamek sekundy leciała wolna niczym ptak, by następnie uderzyć w taflę wody. Było ciemo, deszcz mącił wzrok, ale nigdy nie zapomnę tego widoku. Sukienki rozłożonej na wodzie, aureoli różowych włosów i tego smutnego uśmiechu.
Tak właśnie Tori zniknęła z mojego życia. Tori, która nigdy nie czuła się szczęśliwa. Tori, która była taka jak ja, a równocześnie posiadała wszystko to, czego mi brak. Tori, która w pogoni za wyjątkowością straciła siebie, straciła mnie. Tori, która brała miłość, lecz nigdy jej nie oddawała. Tori, ktora łakła podziwu, lecz nigdy się nim nie dzieliła. Tori, która miała mnie, choć ja nigdy nie miałem jej.
Tori, która była mną, a ja byłem nią. I przez to umarłem również ja.
 

 
Nocne niebo spowijała jasna poświata utworzona z pełni księżyca. Przebijała się ona przez delikatne chmury, oświetlając tym samym rownież malutką polanę. Na ów polanie stał wysoki mężczyzna w starym prochowcu. Jego czarne oczy błądziły po okolicznych drzewach, nigdzie nie zatrzymując się na dłużej, a równie ciemne włosy powiewały od północnego wiatru. Stał w całkowitym bezruchu, aż nagle zza jego pleców zaczęły dobiegać odgłosy łamanych gałęzi. Nim jeszcze się odwrócił wiedział kogo tam ujrzy, tylko jedna osoba mogła wykazać się taką niezdarnością dziecka. Choć oczywiście nie zobaczył małej istoty. Jego oczom ukazała się smukła kobieta okryta bielą. W ciemnościach suknia niemal raziła swym blaskiem i jedynie małe dodatki szkarłatu niszczyły możliwość nazwania jej aniołem.Aa na takowego naturalnie wyglądała. Z aureolą blond loków swobodnie opadających na plecy, fiołkowymi tęczówkami i...mężczyzna zaśmiał się cicho, podchodząc bliżej. Delikatnym ruchem dotknął pełnych ust młodej kobiety przez co na jego opuszku został czerwony ślad o intensywnym, metalicznym zapachu.
- Ainslee...co ja mam z tobą zrobić?-pokręcił głową w geście zamyślenia.
Ainslee natomiast oblizała ze smakiem wargi. Następnie uśmiechnęła się szeroko ukazujące zgrabne kiełki.
- Byłam spragniona-jej chichot poniósł się w świat, gdy z gracją obkręciła się wokół własnej osi, jednocześnie wprawiając w ruch swą poplamioną krwią suknie.
- Jak ja teraz.
Czarnowłosy wpił się w jej nadal czerwone wargi i siłą mieszaną z delikatnością pchnął ją na pobliskie drzewo. Zadowolony zatapiał się w pocałunkach, z jeszcze większą gorliwością niż zwykle. Między nimi z iskry rodził się ogień i tylko księżyc tego wieczoru mógł im się przyglądać.
- Keegan-jęknęła między pocałunkami. Smakowała tego imienia.
Natomiast on zjechał niżej, pocałunkami zasypując jej szyję. Ainslee przymknęła okalone gęstymi rzęsami powieki i z typową dla siebie niecierpliwością czekała. Nie minęło kilka sekund jak w mroku zalśniły również kły Keegana. Wbiły się boleśnie w jedną, z tak dobrze widocznych na ciele kobiety, żyłe. Zaraz po tym Ainslee z błogością przywarła do swego towarzysza. Mimo tak długiego czasu nie mogła przywyknąć do uczucia jakie towarzyszyło ugryzieniom.
- Wystarczy-szepnęła, czując, że traci za dużo krwi.
Jednak Keegan nie słuchał. W skupieniu przeglądał wspomnienia jasnowłosej. Przez wieki wyszkolił tą sztukę do perfekcji, więc skakanie między jej myślami w trakcie połączenia jakie dawała im więź mieszania krwi była dla niego czymś oczywistym. teraz jednak poraz pierwszy napotkał w środku opór, jakby Ainslee nie chciała by o czymś się dowiedział. Zdumiony zrozumiał jak głupio nie pojął wszystkiego od razu. Kobieta nie potrzebowała pożywienia, polowali razem dwie noce temu, potrzebowała jej by móc stawić wewnętrzny opór.
-Wystarczy! Boli!-Ainslee zaczęła się dziko miotać.
Nieświadomie wbiła swoje długie pazury w dłoń Keegana. Kiedy ten poczuł ciepłą ciecz na skórze momentalnie się odsunął, zdumiony siłą kobiety. Była taka młoda, lecz potrafiła go zranić. Ten fakt z całą pewnością zachwiał wewnętrzną pewność siebie Keegana.
Ona również wydawała się być zdezorientowana, bowiem z szokiem osunęła się na ziemię. W blasku księżyca jej skóra wyglądała niemal na białą. zarumienione policzki, zastąpiła porażająca bladość.
-Przepraszam-wychrypiała, próbując jak najszybciej dojść do siebie i odzyskać utraconą krew.
W tym drugim jak zawsze pomógł jej Keegan. Klęknął obok i podsunął jej swój nadgarstek. Ainslee złapała go w obie dłonie i z łapczywością zatopiła w nim kły. Szkarłatna ciecz ciekła po jej brodzie, na co mężczyzna miał ochotę znowu się zaśmiać. Była jeszcze pisklęciem, a mimo to wykazywała niezwykłą dla swojej kruchej osoby siłę ducha.
-Muszę odejść.
Słysząc te słowa kobieta przerwała czynność i wycierając się wierzchem dłoni, spojrzała w jego ciemne tęczówki.
-W porządku. Dokąd pójdziemy?
- Ty zostaniesz, querida.
Obserwował jak Ainslee przełyka ślinę i z niedowierzaniem kręci głową. W jej fiołkowych oczach zalśniły łzy.
-Dlaczego?-zapytała z wyrzutem.
-Już mnie nie potrzebujesz-odparł, jakby to było coś oczywistego.
Nim zdążyła zaprzeczyć, wstał i nie oglądajac się ruszył w bliżej nieokreślonym kierunku. Ainslee poradzi sobie bez niego, wiedział to. Nauczyła się tak wiele i da radę w życiu.
-Ale ja cię kocham-szepnęła już w pustkę.
Tak długo szykowane słowa, które miała mu dzisiaj powiedzieć, nagle stały się bezużytecznym ciągiem liter.
  • awatar Gość: Ovver the course of the initial period, they began tto form grooup fefgeeedbace
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Uporczywe pukanie do drzwi nie cichło od dobrych paru minut. Widocznie ktoś po drugiej stronie nie planował w najbliższym czasie odpuścić.
- Rivian!
Głośny krzyk dotkliwie ranił moje uszy choć nijak miał się do dźwięku uderzania pięściami o drewno. Nie, po prostu głos był zbyt znajomy i przyprawiał o ból w okolicy serca. Dlatego też zdecydowanym, niemal precyzyjnym ruchem zatopiłam metalowe urządzenie w delikatnej skórze nadgarstka. Ledwie po tym na dywan zleciały pierwsze krople krwi, niszcząc przy tym jego biały kolor. A przecież to dopiero początek.
Raz, za jego głos.
- Riv, do cholery!
Dwa, za ból którego nie sposób opisać słowami.
A było tak pięknie. Długie, leniwe dni...nie. Skoro podjęłam decyzję wypada bym choć raz w życiu była szczera. To nie były leniwe, piękne chwile, które z wdzięcznością można zachować w pamięci. To były burzliwe noce, niosące ze sobą odór potu, dymu. Litry lanego bez oporu alkoholu, obskurne lokale godne najbardziej staczających się ludzi. Walające się, zakrwawione strzykawki w każdej kabinie równie odrzucającej łazienki. Wulgarne, często zboczone napisy zdobiące ściany. brudna podłoga, na której z łatwością można było dostrzec pety, szkło, kurz. innymi słowy mój drugi, choć jedyny dom.
-Otwórz, kurwa!
Trzy, za każdą noc której nie pamiętam.
Wstyd mi nawet o tym myśleć. Jak nisko upadłam dla odrobiny przyjemności, kończącej się zawsze kacem lub stanem bliskim śmierci. Ile to już razy czekałam na nią, leżąc na mrozie, w kałuży własnych wymiocin, z rozmazanym od płaczu makijażem. Ile to już razy wracałam tutaj od progu będąc witaną krzykami i pięścią ledwo o milimetr mijającą mój policzek. Ile to już razy padałam pobita na zimną podłoge, przyrzekając sobie, że więcej na to nie pozwolę.
-Rivian! Otwórz!
Cztery, za to, że nie dane mi było zaznać prawdziwej miłości.
Mama zawsze mówiła, jak to moje imie wiąże się z najpiękniejszymi wspomnieniami jej życia. Nigdy tylko nie wyjawiła jakimi. Mimo to zawsze, kiedy o tym napomknęła jej oczy rozjaśniały małe ogniki co pozwoliło mi myśleć, że nie kłamie.Aa potem mnie zostawiła. Tak po prostu obiecała powrót, a wraz z przyjazdem pod dom policji wiedziałam, iż nigdy nie wywiąże się z danego słowa. Kłamała!
- Rivuś, ostrzegam cię!
Pięć, za to że na mojej drodze stanął On.
I poraz kolejny miłość chciała ze mnie zakpić. Jakbym chodziła z ogromną tabliczką 'ta tutaj nie zaznała jeszcze odpowiedniej dawki cierpienia'. Był taki błyskotliwy, szarmancki....Boże, czy można pomylić się jeszcze bardziej? Ledwo dałam omiotać się tym cudownym czekoladowym oczom, a już zostałam jego zabawką. I mimo wszystkich siniaków, wylanych łez i krwi, nie mogłam go zostawić. Zawsze wracałam. Czy tak właśnie wygląda toksyczny związek?
- Jak cię złapie mała dziwko...
Sześć, za to jak łatwo oddawałam mu własne ciało.
Poranki, gdy budziłam się naga przy jego boku, czując wstręt do własnej osoby. Przecież go kocham, przecież on też mnie kocha, ale dlaczego te słowa brzmiały jak kłamstwo nawet w mojej głowie? A kiedy dawałam radę przekonać siebie na to beznadziejne kłamstwo, budził się również on. spoglądał na mnie w ten obleśny sposób, jego spocone palce wodziły po moim udzie, nie znosząc sprzeciwu. i znowu długi prysznic, bezcelowe próby usunięcia jego dotyku. Histeria i płacz. Już nie pamiętam jak często drapałam ciało niekiedy do krwi, starając się tego pozbyć. Nigdy nie działało.
-Riv, kurwa!
Siedem, za to, że w pogoni za milością stałam się tak naiwna.
Ale o tym już mówiłam, czyż nie? Te początkowo piękne chwile w jego ramionach. Nikłe bezpieczeństwo, którego kurczowo się łapałam niczym koła ratunkowego. Łatwo było zapomnieć i wierzyć w 'Kocham cię' nawet po kilku pierwszych pobiciach i poniżeniach. Ufałam tym pięknym czekoladowhm oczom, pełnym łez kiedy niemal krzyczały, że się poprawią. Wierzyłam tym pełnym ustom, gdy mówiły że dzięki mnie wyjdą na prostą. Dałabym się pociąć za te silne ramiona niemie twierdzące, że dla mnie są gotowe rzucić całe to bagno.
- Rivian!
Osiem, za to, że nie uciekam, gdy miałam okazję.
To było tak dziecinnie łatwe. Walizka została spakowana już dawno i z gotowością czekała w przedpokoju, ale ja musiałam się zawachać. Tyle właśnie wystarczyło, by on wrócił i wyżył się na mnie za niepowodzenia jakie mu towarzyszyły przez cały wieczór. Bym sama go przepraszała łkając cicho w kącie zasyfionego pokoju. Bym była gotowa spełnić każdą jego zachciankę w nadziei, że nie podniesie na mnie ręki poraz kolejny.
-Masz ostatnią szansę! Wyjdź, a wszystko będzie jak dawniej!
Czy aby na pewno? Choć z drugiej strony, dla niego to bez różnicy. Jeśli wyjdę, znów stanę się jego małą dziwką, zabawką. Lecz najpierw mnie ukaże, tak bym wiedziała że nie mogę tak nigdy więcej zrobić. A potem się uśmiechnie w ten idealny sposób, posadzi sobie na kolanach i szepnie w ucho słodkie słówka, w które dawno przestałam wierzyć. Dom? To ten burdel, pełen pustych butelek i puszek. Rodzina? To nasz patologiczny związek. Małżeństwo? Najwyżej to o północy w Vegas, kiedy oboje będziemy pod pełnym władaniem alkoholu. Ale przecież dla niego każde kłamstwo jest dobre, a ja naiwnie je chłone w wierze na lepsze jutro.
- Wchodzę!
Za późno. Dziewieć cięć już szpeci mój nadgarstek, a krew swobodnie leje się na podłogę. Z ostatnim czekam jeszcze chwile, chcąc ostatni raz ujrzeć postać niosąca wiele zła do mojego życia. W roztargnieniu patrzę na muskularne ciało, pokryte tatuażami, kwadratową szczękę, tak dobrze znaną mi twarz teraz wykrzywioną czystą furią. I bez wachania dokonuję ostatniego cięcia, wiedząc, że obraz który mam przed oczami jest ostatnim na tym świecie.
Dziesięć, za to, że nadal wbrew wszelkiej logice kocham Theodorica McCalla.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›